Silna marka osobista i jej porażki

www.pexels.com
Internet pulsuje w rytm hasła „buduj swoją silną markę osobistą” i bez względu na poziom zrozumienia tego komunikatu coraz więcej osób rzeczywiście zaczyna dbać na co dzień o własny wizerunek. Wizerunek oczywiście nie jest jednoznaczny z marką, choć to popularne uproszczenie i niestety też bardzo krzywdzące, bo prowadzi do zaniedbania najważniejszych elementów budowania silnej marki – jej fundamentów, które znajdują się głęboko pod powierzchnią wizerunku.

Porażka – uszczerbek na wizerunku

Takie podejście często też skutkuje w trudnościach z radzeniem sobie z porażką. Dbając jedynie o wizerunek i nie rozumiejąc, że porażka, jako naturalny element rozwoju i życia, wpisana jest również w proces budowania silnej marki osobistej. Często doprowadza to do absurdalnych sytuacji i kryzysów, tylko dlatego, że nie potrafimy się przyznać do porażki, bo w powszechnym mniemaniu stanowi ona uszczerbek na wizerunku.

Sportowcy są narażeni na potknięcia i niepowodzenia równie mocno jak inni ludzie. Ich jednak uczy się w jaki sposób sobie z nimi radzić. Jedni opanowują tę umiejętność lepiej inni gorzej i może dlatego sportowe porażki gwiazd nie mają wpływu (w ujęciu długofalowym) na ich marki osobiste, ale nieumiejętność radzenia sobie z nimi i podejmowanie nie mądrych działań by zakończyć złą passę lub osiągnąć lepsze wyniki już tak. Przypomnij sobie Lanca Armstronga.

Niezrozumiałe decyzje a nawet wyrok sądu nie zawsze oznaczają jednak upadek marki. Martha Stewart pomimo wyroku sądu i kary więzienia (znów w długofalowym ujęciu) nadal cieszy się szacunkiem i popularnością. Jej marka nadal błyszczy. Oczywiście nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zawirowania natury prawnej nie dotyczyły kwintesencji jej marki. Były związane z utrudnianiem śledztwa w sprawie wykorzystania informacji poufnych w obrocie papierami wartościowymi. Głównym obszarem działania jej marki jest zaś prowadzenie domu, bycie gospodynią idealną i jej odbiorcy najwyraźniej uznali, że mały wyrok za utrudnianie śledztwa nie ma nic wspólnego z perfekcyjną panią domu.

Porażka i sukces – to tylko statystyka

Wszyscy wiemy czego dokonał Walt Disney, Albert Einstein czy Steve Jobs. Droga żadnego z nich nie była wolna od potknięć i porażek. Powszechnie jednak uważa się ich za ludzi z wielkim dorobkiem w swoich dziedzinach – za silne marki osobiste.

Radzenie sobie z porażką nie jest łatwe, ale staje się zdecydowanie prostsze jeśli spróbujesz zrozumieć pojęcie „powrotu do średniej”. Większość z nas odczuwa niemal wrodzoną niechęć do pojęć z zakresu statystyki. Nic dziwnego – poziom ich abstrakcyjności zdaje się powalać nawet tęgie i doświadczone głowy. Na co dzień często kierujemy się heurystykami, co jest uzasadnione ze względu na oszczędność zasobów poznawczych. Niestety ma to również skutki uboczne – błędy poznawcze, a wśród nich absolutne zaniedbanie zjawiska powrotu do średniej. Najprościej rzecz ujmując – jeśli ktoś osiągnął niesamowicie wysoki wynik (sprzedaży, na teście etc) lub odniósł inny niesamowity sukces, to jest wysoce prawdopodobne, że w niedługim czasie jego „wyniki” powrócą do średniej, czyli spadną. Przy rozpatrywaniu spektakularnych porażek jest podobnie.

Spektakularne porażki

Na porażki narażeni są wszyscy. Czasem wystarczy jeden Tweet by zatrząsały się fundamenty długo budowanej marki. Justine Sacco - wsiadając do samolotu napisała na Twitterze: „Lecę do Afryki. Ciekawe, czy złapię ADIS. Żartowałam, przecież jestem biała”. Jak później tłumaczyła był to ironiczny wpis mający na celu ukazanie pod jakim kloszem żyją ludzie w Stanach Zjednoczonych. Niestety w 140 znakach, do których może mieć dostęp niemal każdy, ciężko o pokazanie właściwego kontekstu. Wielu ludzi zdumionych było jak osoba odpowiedzialna za PR mogła nie przewidzieć potencjalnych skutków takiego wpisu. Jak widać – nikt z nas nie jest bezpieczny. Kryzys, który sama wywołała, złamał jej karierę i życie. Na chwilę. Odrobiła lekcję pokory i znów pracuje w PR, choć nie zdradza nazwy firmy, bo nadal musi radzić sobie z negatywnymi echami tamtej sytuacji.

Tylko nie mów o porażkach

A właściwie dlaczego nie? Nie chodzi oczywiście o epatowanie nieszczęściem i niepowodzeniem, ale szczere przyznanie się do porażki, szczególnie takiej, która czegoś Cię nauczyła lub pomogła trafić na właściwy kurs nie jest niczym złym. Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy popełniamy błędy. Posągowe, nieskazitelne postaci może pięknie wyglądają na plakatach, ale ciężko nam się z nimi utożsamiać. Ciężko nam poczuć bliskość i zaufanie – w końcu jeśli ja znam smak porażki a Ty nie – to jak możemy się zrozumieć?

Dziś przyznanie się do porażki już tak nie przeraża. Porażkę i radzenie sobie z nią próbują oswajać inicjatywy takie jak Fuck Up Nights. Od 2012 roku ludzie w różnych miejscach świata dzielą się swoimi doświadczeniami związanymi z porażką. Jasne, że nikomu nie przychodzi to łatwo, ale zaakceptowanie faktu, że nie wszystko się udaje, jest zdecydowanie bardziej racjonalnym podejściem niż próba przekonania świata, że Ty (jako jedyny) jesteś nieomylny.

Sposób na wzmocnienie marki

Budowanie marki osobistej to proces, który wymaga wiele czasu. Lubię myśleć o nim, jako o sposobie na życie, przypominając sobie tym samym, że tak naprawdę kończy się wraz z ostatnim tchnieniem. W takim ujęciu to nie sukcesy czy porażki decydują o tym jak silna jest Twoja marka, ale to jak radzisz sobie z jednymi i drugimi.

Porażki mogą wiele nauczyć a podniesienie się z nich może okazać się najważniejszym doświadczeniem marki. Sukces może stać się największym przekleństwem, jeśli zapomnisz jaka droga Cię do niego doprowadziła. Budowanie marki osobistej nie jest rzeczą prostą. Paradoksalnie nie jest też trudne. Budowanie Twojej marki to budowanie Twojego wartościowego życia – wartościowego dla Ciebie i ludzi dla Ciebie ważnych. Dla silnej marki osobistej porażka to nie koniec świata, a sukces to nie koniec drogi.
Trwa ładowanie komentarzy...